W obrębie pieśni sytuuje się również twórczość zbójnicka, której komizm ujawnia się za pomocą rubasznego języka, np.:
„Nie ma nad Proćpaka tęższego chłopaka
On kiedy pon jaki mo kabot złocisty
Cyrwone chodaki, pas rzymienisty cysty
Za pasym toporek i dukatów worek
Nie dba na dworaka, ani na wojaka
Choć trefi na zucha, zginie kieby mucha
Choć tysiąc górali, on się im wyśliźnie
Jak toporkiem piźnie, z rudnicy wypali
Uciekoj kto może, bo zginies nieboze.”
„Pójdźmy chłopcy kraść i zbijać
Bo ni momy za co pijać
Ej, bo sie zapocyno
Ej, bo sie zapocyno
Bucyna ozwijać”
„Tajcuj ze se tajcuj
Kacmarecko tłusto
a bydzie za niedługo
stajenecka pusto” [13]
Czynników, kształtujących wymienioną cechę językową, należy szukać na płaszczyźnie fonetycznej gwary, gdzie obserwujemy zwężanie samogłosek, opadającą intonację i specyficzne obniżanie barwy głosu, a także na poziomie słowotwórstwa, gdzie brakuje zdrobnień oraz na powierzchni leksykalnej, co przejawia się w dużej ilości germanizmów i archaizmów.
Zatrzymując się przy śląskich pieśniach o tematyce zbójnickiej, warto zwrócić uwagę na społeczność, dla której były śpiewane, zarówno przez rozkochane dziewczęta, jak i zadowolony lud. Zbójnicy uchodzili za bohaterów, odbierających pieniądze bogatym i dzielących się nimi z biednymi. To dlatego chłopi odnosili się do zbójników przychylnie, pomagali im, donosili żywność i przekazywali informacje. Zbójnicy swoim wyglądem budzili zazdrość wśród młodych górali. Nosili bogate, nabijane zrabowanym srebrem i złotem pasy, piękną zdobyczną broń, koszule z jedwabiu lub atłasu, a ich głowy zdobiły pióropusze z orlich piór i pęki barwnych wstążek, lub kapelusze obszyte złotymi dukatami. Ważnym elementem stroju był skórzany pas sięgający prawie do pach. Największy rozwój zbójnictwa na terenach Beskidów Zachodnich przypada na wiek XVII i XVIII, wtedy zwiększał się pańszczyźniany ucisk na chłopów[14].
Rubaszny język znamionuje również anegdoty i dowcipy ze zbioru Józefa Ondrusza pt. Proza ludowa górników karwińskich, co można zilustrować przykładami:
Karlik kupił nowy motocykiel.
-Pódź, przewiezym cie!- prawi do kamrata.
Kamrat, aby go w tej jeździe nie przewioło, tak se oblyk Kabot kneflami na Pleca.
Jak tak potym jechali, tyn kamrat spod motocykla i zustoł na ceście bez siebie, a Karlik pojechał dali.
Za chwile kole tego kamrata na ceście byla hurma ludzi. Kierysi skoczył po dochtora. Dochtór zbadał nieboroka i prawi:
-Już je nieboszczyk.
A kierysi mu na to:
-Jak my przilecieli, to jeszcze dychoł, ale jak my naprościli głowe podle Kabota, to zaroz przestoł dychać.
Idzie wieczór dwóch pijanych. Oba sie prziglóndajóm miesiónczkowi. Naroz Karlik pyto sie Francka:
-Ty Francek, jaki jest tyn miesiónczek: zielóny czy niebieski?
Francek mówi:
-Niebieski!
-Ni! Zielóny
I tak się zbywajóm, zbywajóm, aż tu idzie Izydor, też pijany. Toż się go pytajóm:
-Wybocz, kamrat, ale nóm powiydz, jaki je tyn miesiónczek? Zielóny czy niebieski?
Izydor się prziglóndo i prawi:
-Nó, ja, ale kiery? tyn lewy, czy tyn prawy?
Stary Frytuś wraco z gospody, stoji przi chałupie i fórt cosi szyple przi dwiyrzach.
Idzie policajt, dziwo się mu na chwile i mówi:
-Tóż tym cygarym wy tych dwiyrzi nie odymkniecie!
-Pieróna Kandy, toch jo isto Tyn klucz wykurził![15]
